Borneo – sierpień 2011

» Opublikowane dnia Lip 29, 2012

Wyprawa w gronie sześciu, sprawdzonych na wielu rejsach i wyjazdach nurkowych kumpli. Razem wielokrotnie oddychaliśmy tym samym zgniłym, kwaśnym, pełnym oparów dymu tytoniowego, powietrzem portowych tawern, wspólnie, nie raz patrzyliśmy na tą samą zepsutą do cna barmankę, nalewającą nad ranem ostatnie spienione piwo. Tą grupą odkrywaliśmy nieznane nam wymiary… 21 Sierpnia 2011 roku przyszedł czas realizacji marzeń o poznawaniu nowych lądów i poszukiwaniu fascynujących doznań..!

Kliknij i zobacz relację fotograficzną z wyprawy na Borneo!

Borneo

Wylatujemy z Kota Kinabalu. Przy odprawie paszportowej chłopaki mylą paszporty i Welu przechodzi na pasek Darka, a ten na Wela- celnicy totalnie nie rozróżniają europejskich twarzy. Teraz rozumiemy rozmieszczone przy okienkach czytniki linii papilarnych…na których zostawiamy swoje niepowtarzalne podpisy.

Tawau: jesteśmy jedynymi białymi w dzielnicy. Próbujemy dowiedzieć się o godzinę wyjścia porannego promu, każdy podaje inny czas…Dopiero rano zaskakujemy, że nie ma sztywnej godziny odejścia łodzi-wypływa, kiedy jest pełna! Stada szczurów szybko uczą, że nie wolno chodzić za blisko krawężników, w których są dziury- ich szlak tranzytowy. Karaluchy mają takie rozmiary, że uciekając do rynien robią sporo hałasu. Mijamy zamknięty market- tysiące nietoperzy wylatując przez otwory pod dachem przysłaniają odwrócony księżyc. Zaczyna padać ciepły deszcz… Trzeba przyzwyczaić się do ruchu lewostronnego-przechodząc przez ulice, bardzo łatwo wpakować się pod wiekowe taksówki, często bez hamulca. Ruszamy nocą w miasto szukając dzielnicy Padziar…Wszędzie bary karaoke, ludzie machają, co chwila z balkonów. Po znalezieniu małych kostek w mięsie, zakupionych na targu szaszłyków wszyscy jemy w okolicznym KFC. Oczy sprzedających twistery dziewczyn, w chustkach na głowie, na widok europejskich gości, robią się maślane jak poranne bułeczki w ofercie breakfast. Włożony w orteze złamany palec lewej ręki Pecia i usztywniona kostka z rozprutym stawem skokowym Wela dają im wyraźne fory;-).

Masaż od stop do głowy, z opcją świeczki w uchu etc, jest stałym elementem ulicy. Niestety o prysznicu „przed” można zapomnieć..- korpulentna masażystka przekonuje, że aromatyczny olejek jest dużo efektywniejszy;-). Rano jedziemy na prom, naganiacze biją się o nasze bagaże. Tuż obok pirsu jest targ rybny- rekiny młoty z odciętymi płetwami, płaszczki, barakudy, ogończe, nadymki, wielkie małże- w ciągu 5 minut widzę więcej zagrożonych, rzadkich gatunków na stolach targowych, niż przez ostatnie lata nurkowania na rafach… Miejsce gdzie nocą szaleją hordy szczurów, za dnia jest oblegane przez koty i staje się centrum handlu. Wypełniamy deklaracje, wszędzie przepychają nas bez kolejki. Tragarze, z wielkimi pakunami biegają jak mrówki. Łódź rusza, kłęby dymu walą z kominów…Myślałem, że to efekt zimnego silnika, po godzinie podroży nie miąłem już złudzeń. Wszyscy dostają lunch w styropianowych pakach- po widowiskowym zjedzeniu przez załogę ryżu dwoma palcami, opakowania lądują w krystalicznie czystej wodzie, za burtą…Nasze bagaże zalegają obok worków z cebulą, setkami paczek, pak, pakunów. Beczka z woda na górnym, odkrytym pokładzie zastępuje umywalkę, zlewozmywak i zasób wody pitnej. Po prawej burcie mijamy setki prymitywnych zastawek na ryby, ze śpiącymi w hamakach ludźmi. Chłopak z obsługi na migi tłumaczy, że to plantacje rybaków z mijanej po lewej wyspy. Czas migracji między Tawau a Tarakan sennie przepływa między palcami… ”Mamusia” siedząca naprzeciwko na migi sugeruje zrobienie fotki, przedstawia córkę Dewii, która prosi o wspólne zdjęcie, do którego promiennie uśmiecha się. Nie narusza to przyjacielskiego usposobienia jej męża, nawet po tym, jak Sławo-bez wątpienia najrozsądniejszy z nas członek ekspedycji, lekarz mieszkający i pracujący w Bawarii zasypia w rozwieszonym przez Niego hamaku, a On sam cała drogę spędza siedząc na kartonach z przewożonymi- pewnie na handel, puszkami z napojami. Skończył nam się gaz w zapalniczce, proszę sąsiada o ogień, z ubolewaniem odpowiada, ze jest pasjonatem sztuk walk i nie pali, po chwili przynosi ogień…Po odpaleniu papierosów nie przyjmuje zapalniczki..? Z jego łamanego angielskiego rozumiemy, iż uważa, że jest nam potrzebna, więc mamy ją sobie zostawić!.. Słowo pomoc nabiera tutaj nowego wymiaru! Chłopaki pytają, kiedy będziemy na miejscu- nie widać lądu, wniosek: za nie mniej niż dwie godziny. Dopływamy do portu Tarakan- budzi mnie powtarzające się pianie koguta, zirytowany szukam, kto wgrał sobie taki durny alarm…Okazuje się, że podróżowaliśmy ze stadem żywych ptaków ukrytych w paczkach obok naszych bagaży…Skąd wiedziały, że dopływamy do lądu?! Wyspa na powitanie bucha wilgotnym, gorącym powietrzem… Zanim łajba dobija do brzegu, przejmuje nas lokalny divemaster. Totalnie zestresowany pomaga przerzucić bagaże przez burty trzech zacumowanych obok siebie łodzi i prowadzi do odprawy paszportowej. Widząc jego trzęsące się ręce i spływające po mahoniowej skroni krople potu nie mogę się opanować i ściskając chłopa mówię: stary weź się w garść, przechodziłem tysiące granic, jeśli nie zapanujesz nad sobą, to już mamy problem…W duchu zaczynam się zastanawiać, o co chodzi.!? Podjeżdżają kolesie na motorkach, pakują miedzy siebie nasze wielkie torby nurkowe, a my szczęśliwie, improwizując śmiech, biegając z aparatem fotograficznym przechodzimy odprawę.

Jesteśmy w Indonezji!

Pakujemy się do starych busików. Niewiarygodne, że mieścimy się do nich razem z naszym szpejem… Szybki plan: 5 minut na prysznic i jedziemy wymienić $.

Upychamy się, tym razem w 8-kę do starego Suzuki i okazuje się, że jedyny kantor przysłaniają rolety…Po stukaniach, pukaniach sezam otwiera podwoje i wychylają się kobiety w rytualnych strojach(środek Ramadanu) informując nas że skończyły im się Rupie. Pozostaje bankomat… Głód zaczyna domagać się czegokolwiek! Myślałem, że włócząc się nocami po slumsach całego Świata nic mnie nie zaskoczy- myliłem się! Zamawiamy kurczaka z grilla, mając za ścianą meczet i patrząc jak w rytm dochodzących odgłosów podnosi i opuszcza się masa ciemnych, pełnych skupienia twarzy, napełniamy brzuchy ryżem. Po kolacji wracamy do hotelu, rozlewamy siedząc przy recepcji, zakupioną na strefie wolnocłowej butelkę. Tutaj to prawdziwy skarb, w Indonezji obowiązuje całkowita prohibicja, oficjalnie nie wolno także wwozić jakiegokolwiek alkoholu. Nasz doktor Sławek, od dłuższego czasu wnikliwie obserwuje człowieka, europejczyka, który od 10 lat mieszka i nurkuje w okolicach Sangalaki, a teraz jest naszym gospodarzem, widzę w oczach medyka koncentrację i po chwili pada pytanie:

-Kolo, kiedy ostatnio robiłeś sobie test na malarie?

-Nigdy!- brzmi szybka odpowiedź.

– To sobie zrób!

Pot leje się ciurkiem zalewając zmęczone oczy faceta, z którym za kilka godzin mamy zacząć dalsza, ostatnią już część podroży- 10 godzin łodzią, aż do wyspy Derewan. Po chwili zastanowienia, opalone ciało wolno prostuje, podnosi się i pozostaje cieniem w szerokich, szklanych drzwiach hotelowego wyjścia. Podekscytowani wypytujemy lokalnego divemastera Dayata o to, co możemy spotkać pod wodą? Jaka jest przejrzystość wody? Czy są prądy? Dopytujemy się o wraki japońskich samolotów z czasów ll wojny światowej, o których każdy z nas nocami, na długo przed wyjazdem czytał w Internecie. Wskazówki zegara wiszącego w hallu, nie wiedzieć kiedy pokazują godzinę niebezpiecznie bliską tej, o której zaplanowaliśmy opuścić hotel… Sygnał odebranego sms nikogo nie dziwi, wszyscy mamy, co najmniej po 2 telefony, jeden z polskim numerem, drugi uzbrojony w lokalnego prepaida, co daje komfort komunikowania się miedzy sobą i odczytywania poczty, tanio łącząc się przez lokalną sieć.

-Sławek przyszły wyniki ze szpitala, możesz mi powiedzieć, o co tu chodzi, jakieś same skróty rzuca nerwowo gospodarz. Równocześnie ręka z telefonem ląduje na wysokości okularów lekarza.

-Masz malarie!

Dwa słowa przecinają zadymione wnętrze i pozostawiają głuche echo ciszy.

-Musisz jechać do szpitala, zaraz przepiszę Ci leki, które powinieneś jak najszybciej kupić.

Sielankowy nastrój prysł, wąskie schody prowadza nas na piętro do obskurnego, oświetlonego mętnym światłem pokoju.

Ulubiona szanta wgrana jako budzik zrywa mnie z krótkiego twardego snu. Jest czwarta rano, za chwilę mamy jechać do portu.

Schodzimy na dół, po kwadransie czekania niecierpliwie pukam do pokoju, w którym spali nasi przewodnicy- cisza.

Uderzenia dłoni o framugę drzwi stają się coraz bardziej natarczywe…klamka opada i w wąskiej szczelinie pokazuje się buźka Sonii, naszej sympatycznej kucharki o dziecinnej twarzy z wyraźnie chińskimi rysami. Poznałem ją już ubiegłego wieczoru i wiem, że nie zna ani jednego angielskiego słowa. Dziewczyna jest wyraźnie zmieszana, z potoku melodii płynącej z jej ust rozumiem tylko jedno: policja.

Nerwowo, w ciszy zjadamy przygotowany dla nas przez obsługę hotelową ryż z warzywami, wg planu to miał być ostatni posiłek przed wejściem na dżonke, tylko gdzie ONI są? O co chodzi z tą policją?! Czy ja coś źle zrozumiałem? Wykręcam po kolei zapisane w lokalnym telefonie numery… yes, słyszę głos Dayata.

-musimy czekać, mój szef zrobił wczoraj w szpitalu awanturę po odmowie sprzedania mu leków na malarie i został pobity przez ochronę. Spisują z nami protokół w komisariacie…

Ton głosu aż nadto świadczy, że chłopak nie spał całą noc..

Priorytetem po drodze do portu staje się kupienie moskitier. Chory na malarie człowiek w najbliższym otoczeniu jest sporym zagrożeniem dla innych, wystarczy że jeden komar wbije się najpierw w jego skórę, tnąc każdego następnego może przenosić zakażenie.

Dumni z zakupu kolorowych siateczek, które staną się ozdobą naszych sypialni, podjeżdżamy pod całe osiedle domów zbitych z desek, blachy, kartonu, postawionych na palach wbitych w płytka łachę morza. Powietrze miesza się ze smrodem pozostałego po odpływie, szlamu, zapachu ludzkiego metabolizmu i doprawione jest fetorem zwykłych pływających wszędzie śmieci. Kilka hektarów tych budowli przecina pajęczyna wąskich uliczek, których nawierzchnią są zbite dechy, z co rusz wystającymi pordzewiałymi gwoździami. Idziemy w stronę najdalej odsuniętego od lądu pomostu, będącego miejscem postoju naszej łodzi. Co chwila mijają nas rozpędzone skutery. Czekając na załadunek ostatnich skrzyń z prowiantem, galonów słodkiej wody itp. zasiadamy w zawieszonym nad woda, barze na herbatkę. Po przejrzeniu menu, Deny wpada na pomysł zakupu jaj i zrobienia jajecznicy. Idee natychmiast wprowadza w czyn, korzystając z kuchenki lokalu. Rozbija jaja w miedzianym rondlu. Wszyscy lokalesi wybuchają śmiechem-nie znają prostej potrawy, będącej dla nas częścią każdego poranka, oni tylko gotują jajka na twardo. Przesolona jajecznica smakuje wybornie!

Długa, wąska, z kawałkiem zadaszenia, mającym chronić głowę załogi przed równikowym słońcem ”jednostka”, na pierwszy rzut oka wydaje się zdecydowanie za mała, żeby nas wszystkich pomieścić. O dziwo, po upchaniu sprzętu, każdy znajduje kawałek swojego pokładu- około 23 lokalnego czasu powinniśmy być na miejscu…

Będąc pod równikiem, o tej porze roku, codziennie dokładnie o 18:00 Matka Natury robi pstryk i światło wyłączone. Na rożnych rejsach wiele razy planowałem zrobienie zdjęć zachodzącego słońca, ale jeśli wcześniej nie przygotowałem aparatu, chwilka spóźnienia i można przestawić kamerę na tryb nocny… Silnik melodyjnie wygrywa swój monotonny koncert. Znudzeni, wielogodzinnym przekładaniem pośladków na twardych, zasolonych deskach kokpitu, wzorem części załogi idziemy na ”najwyższy pokład’’, co w tym przypadku oznacza dach sterówki. Z nogami zwieszonymi nad rozbryzgującymi się o burty falami podziwiamy piękno tysięcy wyrazistych, wydających się świecić o kilka metrów nad naszymi głowami gwiazd. Spoglądam w dół i zapiera mi dech w piersi- ilość świecącego przy przelewającej się pianie morza, ciętego naszym dziobem, planktonu jest powalająca! Nigdy nie widziałem aż tak zasobnego w te malutkie zwierzątka środowiska. Teraz rozumiem, dlaczego Morze Celebes uchodzi za ulubiony rejon żerowania Manty Wielkiej, plankton stanowi ich główne pożywienie. Niecierpliwie, z nadzieją na podwodne spotkanie tych cudnych stworzeń wypatruję brzegu wyspy Derewan…

Akomodacja w domkach na palach wzbudza nieco emocji. Witające nas w pokojach karaluchy wielkości żaby są tylko przystawką do łazienek z niedziałającym prysznicem i kibelków, do których nie ma, po co zabierać do poczytania ulubionego Playboya- obie ręce zajęte są utrzymywaniem równowagi w pozycji na ”Małysza”. Wszystko okryte jest cieniem nocy, wieje silny wiatr, mamy nadzieję, że mający niebawem nastąpić poranek przegoni gorzką mgłę pierwszego wrażenia.

Koncepcja zakupu w Tarakan moskitier była genialnym posunięciem! Śpimy w gorących, pomimo działających klimatyzacji pomieszczeniach nago, bez obaw przebudzenia się w objęciach robali. Wszyscy, po czterech dniach wyczerpującej podroży zapadają w błogi stan ładowania własnych akumulatorów.

Przebijające żaluzje ostrym mieczem promienie słońca, tworzą kosmiczne mozaiki na drewnianych ścianach naszych sypialni. Zgrzyt otwieranych, zbitych z cienkiej sklejki drzwi jest zapowiedzią wejścia do raju..! Przed nami otwierają się widoki, tak wstydliwie przysłonięte cieniem ubiegłej nocy. Lazurowa woda, chlupocząc o drągi, na których stoją nasze domki, łaskocze uszy błoga muzyka w rytmie indonezyjskich przebojów. Oczy, które jeszcze wczoraj paliły miliony malutkich ziarenek piasku, nabierają pełni sił, energię czerpiąc z przecudownych widoków skąpanej w turkusie wody plaży, z wyrastającymi, niczym pomniki doskonałości palmami, dumnie potrząsającymi palczastymi liśćmi.

Po rozczarowaniach, trudzie i znoju nastaje nowa era – czas fascynacji!

Pierwszy nurkowy dzień jest pod znakiem nawiązania kontaktu z morzem, wyważenia się, dokładnego sklarowania sprzętu, który przez najbliższą dwa tygodnie będzie kluczowym elementem zachowania czynności życiowych pod woda. Wybieramy płytkie, osłonięte od wiejącego, ponoć od kilku dni wiatru miejsce nurkowe. Kilka technicznych spostrzeżeń, porad i spadamy w otchłań. Serca łomoczą w takt znaków zapytania. Widoczność wyraźnie obniża podniesiony przybojami piach, ale wszystko to i jeszcze więcej rekompensuje dzika, nieskazitelna, niedotknięta brudną, ludzką ręką rafa! Po dwóch, godzinnych nurkach nastroje wyraźnie zwyżkują. Wracamy do bazy, gdzie pyszna kolacja wyzwala w nas instynkt odkrywców. Przeglądając internetowe zwierzenia nurkujących tu ludzi natknąłem się na informacje, że na wyspie jest sklep, którego właściciel przemyca i sprzedaje piwo. Stan fascynacji podwodnym życiem może podnieść jedynie złoty napój przykryty delikatną pianą, najlepiej w temperaturze bliskiej 10 stopni C. Pierwszym zwrotem, którego uczę się w tutejszym języku jest:,,maubli dingin Beer,- ”chce kupić zimne piwo”. Po godzinnych poszukiwaniach wracamy objuczeni kartonami.. Dostajemy styropianowy karton, który zapełniamy lodem. Teraz raj, którego jesteśmy częścią pozyskał następną gwiazdkę w kategorii hotelowej.

Drugiego dnia płyniemy eksplorować podwodne ogrody w okolicy wyspy Samaba, oddalonej o 2 godziny od Derewanjaa, jak tubylcy nazywają swój dom.

Obydwa nurkowania zaskakują silnym prądem, żółw wielkości wigilijnego stołu, który próbował staranować Sławka rozbawił nas do łez. Wracając po nurach zahaczyliśmy o rozlewisko rzeki wypływającej z lądu porośnięte meandrowcami o kształtach przypominających poczciwe polskie stare wierzby, tyle, że wyrastające z wody.

Trzeciego poranka od wschodu słońca czuć nerwowa atmosferę, wszyscy pakują śpiwory, karimaty. Kucharka ładuje prowiant. Wypływamy na dwudniowy piknik na bezludnej wyspie Kakaban. Po drodze planujemy zrobienie dwóch nurków, na których nastawiamy się na barakudy i rekiny.

Po emocjonujących podwodnych doznaniach, gdzie w towarzystwie, sharków machaliśmy płetwami w stronę tysiąca dziewiczych gorgonii dopływamy do niezamieszkałej wyspy Kakaban, ze słonym kilkunastohektarowym jeziorem po środku. Ląd wita nas muzyką dżungli. Wrzask ptaków, owadów i nie wiedzieć, czego jeszcze, nie pozwala swobodnie rozmawiać.

Rozstawiamy nasze namioty na brzegu, zbieramy drewno i czekamy na odpływ, żeby wąską przestrzeń osuszonej plaży wykorzystać do rozpalenia ogniska. Patrząc w niebo przypominam sobie regułę wytyczania kierunku, w oparciu o rozświetlony nad naszymi głowami krzyż południa. Gwiazdy świecą z taka siłą, że w konfrontacji z nimi, iskry z ogniska, sypiące się z wiatrem w ciemną noc wydają się blade. Po całym spędzonym pod woda dniu karimaty dają iście królewskie doznania wygody. Zasypiamy rozpieszczani grą dźwięków absolutnie dzikiej natury, która powoli, majestatycznie otula matczyną miłością nasze zafascynowane dusze.

Odgłosy, które zafundował nam na dobranoc gęsty, zielony, wszędobylski gąszcz okazały się tylko przygrywką do tego, co obudziło nas o świcie. Wydawało się, że cala wyspa unosi się w rytmie szalonej muzyki, ptaków, świerszczy, szumu miliarda owadzich skrzydeł i basu przyboju lazurowego morza obijającego się o pomost zbity z nieociosanych pni.

Zabieramy maski, fajki, płetwy i zanurzamy się w otchłani zieleni. Po kilkunastu minutach dochodzimy do słonego jeziora. Brak połączenia z morzem i słoną woda stworzyły mikro środowisko idealne do wyodrębnienia się endemicznego gatunku meduz. Zupełny brak naturalnych wrogów spowodował zanik parzydełek. Wskakując do wody mamy wrażenie, że wokół otacza nas puchowa pierzyna. Ilość galaretowatych, delikatnych zwierzątek jest niewiarygodna. Myślę, że po wyjęciu wszystkich z jeziora woda opadłaby poniżej polowy.

Miejsca nurkowe w pobliżu obozowiska są, jeżeli to w ogóle możliwe jeszcze bardziej dzikie. Żółwie, rekiny, barakudy goszczą nas w swoim świecie.

Po powrocie do wioski czuje się podniosłą atmosferę przygotowań, okazuje się, że koniec Ramadanu w krainie Islamu kończy dzień zwany Lebaran. Wszyscy sprzątają ulice, malują domy, upiększają swoje zagrody.

Wódz zaprasza nas na uroczyste śniadanie. Tubylcy są odświętnie ubrani, uśmiechnięci. Uczymy się słów życzeń: selamat Lebaran…

Zjadamy krewetki, kurczaki, pikantne sałatki w towarzystwie starszyzny wioski. Z nieba leje deszcz, ścieżki miedzy domami odbijają liście palm w zwierciadłach kałuż. To dla nas dzień bez nurkowania- Dayat biesiaduje jak wszyscy z rodziną.

Podpływające pod pomost, na którym stoją nasze domki żółwie dzisiaj są jeszcze aktywniejsze niż zwykle. Co chwila wychylają głowy i długo pozostają ponad taflą morza. Zastanawiam się, czy nie piją słodkiej deszczówki..? Postanawiamy zanurkować nocą prosto z naszego pomostu, ciekawe czy one śpią?…

Codziennie rano obserwujemy jak grupki ciemnych dzieciaków urządzają sobie rajd chwytając pancerze żółwi i pozwalając się ciągnąć zdziwionym, zapiętym „pasażerem na gapę”, zwierzakom.

Cała noc minęła w akompaniamencie sztucznych ogni, odgłosach imprezy i zabawy. Wszyscy islamscy mieszkańcy po miesiącu ścisłego postu, w trakcie którego za dnia nie jedzą, nie piją, nie palą papierosów, wreszcie mogą oddać się przyjemności rozpusty. Mijane na ulicy kobiety roznoszą zapach świeżości i korzennych pachnideł…

Czekająca na nas objuczona pełnymi butlami, garami, namiotami i wszystkim, co potrzebne na dwa dni przetrwania, łódź zabiera ekipę na spotkanie z arystokracją tutejszego morza, my też w podnieconych umysłach mamy tylko jedną wibrującą myśl- manty!

Kierunek: Sangalaki

Pierwsze dziewięć minut po zanurzeniu wlecze się w nieskończoność, co chwilę sprawdzam czy aparat uzbrojony w wodoszczelną obudowę jest w gotowości. Czuję w skroniach pulsujące uderzenia własnego serca. Niecierpliwie zataczamy coraz większe koła rozglądając się wokół…Komputer pokazuje głębokość 22 metrów, ciągnie bardzo silny prąd, poprawiam włączoną na głowie kamerę i przykrywa mnie plama cienia. Jedno spojrzenie w górę i podający mi powietrze automat bucha nienaturalnie wielkimi bąblami powietrza, to wypadkowa mojego podniecenia widokiem majestatycznie, powoli z nieopisana gracją przepływającego ciemnego kształtu. Manta! W ciągu kilku chwil pojawia się druga, trzecia, dziesiąta. Są nad nami, pikują w poszukiwaniu planktonu w dół, fruwają jak wielkie zaczarowane dywany z prawej i lewej strony. Irytuje mnie tempo zapisu zdjęć w moim aparacie, chcę uwiecznić jak najwięcej. Królowe tych wód towarzyszą nam do końca nurkowania.

Czerwone równikowe słońce chyli się ku zachodowi. Wskakujemy do motorówki i omijając ostre zęby rafy, dobijamy do wysypanego czystym, złotym piaskiem brzegu. Noc spędzimy w porzuconych, drewnianych budynkach, które pazerna dżungla zdążyła już posiąść w swoje zielono listne szpony. Pozostałe wewnątrz elementy mebli pokrywa gruba warstwa kurzu. Poza mieszkającym tutaj strażnikiem jesteśmy jedynymi ludźmi w rezerwacie. Rangers odpowiedzialny jest za pilnowanie żółwi, które właśnie Sangalaki, spośród setek innych wysp, wybrały sobie, jako miejsce lęgowe. Dayat za włożone do kieszeni czarnego ochroniarza, kolorowe banknoty załatwia pozwolenie na pozostanie na noc i obejrzenie z bliska składających jaja samic.

Wąska zacieniona ścieżka prowadząca w głąb lądu, idziemy w rozkrzyczany gąszcz. Naprzeciw wychodzą nam trzy wielkie, szare jaszczury. Największy waran ma dobrze ponad dwa metry. Wiedząc, że ich ślina zawiera śmiercionośne bakterie, cykamy fotki z bezpiecznej odległości.

Czysta, żółtozłota plaża obmywana wieczornym przypływem, poznaczona jest śladami wychodzących składać jaja żółwic. Miejsca wylęgu zalegają setki porozrywanych skorupek, z których maluchy wylegają wprost do morza.

Mają ciemny kolor, a ich pancerzyk jest jeszcze miękki i jedwabiście delikatny. Wędrują żwawo, przebierając płetewkami do morza, aby po wielu latach wrócić w to same miejsce i złożyć własne jaja. Zachód słońca zwabia na płycizny stada młodych rekinów, eskortują nas, kiedy w pół godziny obchodzimy wokół całą wyspę.

W ciemności oczekujemy sygnału od przekupionego strażnika, chwile się dłużą. Buszujące warany tworzą atmosferę grozy. Nagle, jak cień pojawia się tubylec, z palcem przy ustach nakazuje cisze. Idziemy za nim, dłońmi przykrywając luny latarek. Przed nami ukazuje się wielki szarozielony kształt pancerza…

Zahipnotyzowani obserwujemy łopaty tylnych łap, zwinnie wykopujące dołek. Pierwszy etap porodu podglądamy nieco z dala. Zwierze jest jeszcze czujne i płochliwe, dopiero kiedy do wykopanej jamy sypia się mokre delikatne jaja, samica zapada w letarg. Świat zewnętrzny zupełnie jej nie interesuje. To moment kiedy zaczynają strzelać flesze naszych fotoaparatów. Po zapełnieniu głębokiej na metr jamy 150 białymi kulkami wielkości piłeczki golfowej z mającym wykluć się za dwa miesiące życiem, wyczerpana matka zaczyna zakopywać gniazdo i zacierać ślady po złożonym w piachu skarbie.

Wracając brzegiem morza mijamy dziesiątki składających bezcenny depozyt żółwic..

Wciskające się do pokoi, przez okienne dziury promienie budzącego się słońca mobilizują nas do szybkiego odwrotu na łódź. W planie mamy powtórkę nurkowania z mantami, dzisiaj chcemy poszybować z nimi przez dwie godziny…

Niestety, widocznie wyczerpaliśmy transze kredytu w banku Natury, po godzinnych podwodnych poszukiwaniach nie spotkaliśmy ani jednej manty. Przestawiamy się w okolice wyspy Samama. Zaraz po zanurzeniu porywa nas silny prąd, wizura odczuwalnie spada. Nie zawsze może być cudnie…

Huki wystrzałów w akompaniamencie odpalonego silnika sprężarki zrywają nas ze snu. Od kilku dni niebo ciągle rozświetlają sztuczne ognie, a dzieciaki wciąż rzucają pałeczki głośno wybuchające pod nogami przechodniów, to nieodłączny element Ramadanu. Tylko, dlaczego o szóstej rano?! Nagła cisza mile łaskocze zaspane zmysły, nasze butle pewnie są pełne. Pakujemy karimaty, śpiwory, moskitiery, najbliższą noc planujemy spędzić w wiosce na wyspie Maratua.

Wskakujemy pod wodę, uzgodniliśmy, wcześniej że musimy się bardzo szybko zanurzyć, spaść w tempie na głębokość 30 metrów. Miejsce, które słynie z żerujących tutaj ogromnych ławic barakud, omywa bardzo silny prąd, dlatego chcąc mieć z nim, jak najmniejszy kontakt szybko dopadamy dna. Przytuleni do rafy, oczekujemy na spotkanie z hordą oceanicznych wilków. Tuż nad moją głową przepływa z zawrotna prędkością jakiś szarozielony kształt, to Artur strzelił z kuszy wielkiego tuńczyka, a ten walcząc o życie, ugodzony harpunem, i ściągany na lince, wywija swoje ostatnie desperackie piruety w tańcu o życie.

Po drugim nurkowaniu, wpływamy do laguny, którą wieńczy rybacka osada. Widoczny z daleka, obły, odbijający słońce kształt obitego blachą dachu meczetu jest jedynym budynkiem zasługującym na ta nazwę. Porażająca bieda, zbite z desek szopy, zamieszkuje kilkadziesiąt osób, gdzie trzy czwarte to dzieci. Witający nas na pomoście wódz, chwalił sie, że ma dziewiątkę…W sumie, co lepszego mają do roboty? Zachód słońca gasi światło, nie ma tutaj elektryczności. Po obejrzeniu apartamentu, gdzie mieliśmy złożyć nasze zmęczone ciała decydujemy sie spać na pomoście, pod gołym niebem. Karaluchom widocznie tutejszy klimat bardzo odpowiada, ich rozmiary obudziły obawy, że nocą mogą nas wynieść z lokum, razem z pościelą.

Sonia sprawia upolowanego kilka godzin wcześniej tuńczyka. Tuszki zjadamy na surowo, zmoczone tylko w sosie sojowym, reszta ląduje na patelni. Smak świeżutkiej ryby rekompensuje niewygody noclegu. Błogi sen przerywa nam gratisowy prysznic, jestem tak zmęczony, ze pozwalam kroplom spływającym z głowy, wpływać po szyi, piersi aż do kałuży, która nabierając coraz większych rozmiarów jest moim materacem. Deszcz pada już do rana. Śpimy jak w narkozie.

Dzień zaczynamy od przejażdżki na sąsiednia malutka wysepkę, gdzie mieści się baza nurkowa, prowadzona przez niemiecką parę sympatycznych divemasterów. Dayat pewną ręką prowadzi w ślizgu małą motorówkę, która stanowi zwykle nasz backup po nurkach. Baza okazuje się całym kompleksem hotelowym. Domki z tarasami wrosłymi w piaszczysta plażę, restauracja, sklepik, wszystko w idealnie niemieckim porządku. Wi-fi, cieple prysznice, klimatyzacja dopełniają reszty.

Niewiarygodne, że jest w Indonezji takie miejsce! To jak oaza w środku pustyni.

Dwa tygodnie minęły nie wiedzieć, kiedy. Ostatniego dnia postanawiam, wzorem dzieciaków, popływać z żółwiami. Jeden z nich, samica jak się później okazało, przez pół godziny łasiła się się jak kot. Pozwalała uczepiać się, a kiedy ją puszczałem wracała jakby prosząc o dalszą zabawę.

Bagaże zalegają ładownię łodzi, na której spędzaliśmy codziennie tyle czasu, w poszukiwaniu najlepszych nurkowisk.

W ciągu ostatnich 14 dni zaliczyliśmy cały archipelag: Derewan, Kakaban, Sangalaki, Maratua na zawsze zostaną w mojej pamięci. Wchodzę w log book komputera na mojej dloni-20 godzin pod woda w morzu pełnym wspaniałych stworzeń. Obiektywnie sam przed sobą muszę jednak przyznać, że rafa zawiodła moje oczekiwania. W wielu miejscach zniszczona trucizną, którą rybacy łowią ryby, często z wyraźnie wyblakłymi kolorami. Cóż pozostaje szukać dalej, podwodnego idealnego raju…może wiosną Australia?.

Rozpoczynamy pierwszy etap podroży do domu. Po dopłynięciu do Tanjung Batu przesiadamy się do busików i lądem, mijając Berau, po pokonaniu 200 km, za oknami mając tropikalne lasy, co rusz obmywane deszczami, które nie ułatwiają kierowcy pokonywanie potwornych dziur, docieramy do Tanjung Selor.

Dwie małe motorówki napędzane 40 konnymi silniczkami ledwo, co mieszczą nasz sprzęt. Udaje nam się upchać między toboły i ruszamy wąską, dziewiczą, malowniczą rzeką w kierunku Tarakan. Pogoda jest nam przyjazna, z nieba przestały spadać wielkie krople. Roznegliżowane z chmur słońce, bajecznie wibruje promieniami w ściany zbitych, niczym kobierzec zieleni, liści palmowych. Po godzinie widokowej przejażdżki, w trakcie, której kierowcy naszych nawodnych koni ścigali się całą drogę, nagle stajemy. Rozumiemy, że mamy założyć kapoki. Śmiejąc się z lokalnego podejścia do przepisów ubrani w pomarańczowe kamizelki wypływamy nagle z tunelu gąszczu. Rzeka jeszcze przez chwilę tworząc szerokie rozlewisko zamieszkałe przez setki gatunków ptaków, latających nad naszymi głowami, jest spokojna i gładka jak lusterko.

Już po chwili, od mijanego ostatniego drzewa palmowego, wpływając na pełne morze rozumiemy, że kapoki nie były tylko dla policji…

Po godzinie szalonego tańca, na rozbujanych falach, nie będąc pewni, czy nasze wnętrzności na pewno są odpowiednio poukładane, dopływamy do Tarakan. Prom odchodzi od 8 rano, musimy znaleźć hotel. Jednogłośnie uznajemy, że po trzech tygodniach znoju czysta pościel, ciepły prysznic i kawałek mięsa jest priorytetem. Wybieramy najjaśniej oświetlony szwajcarski przybytek. Zimne piwo podane do steka, doprowadza nas do stanu euforii.

Najlepszy hotel w mieście usytuowany jest oczywiście obok największego meczetu- od wpół do piątej rano nawoływania do modlitwy, z olbrzymich głośników zawieszonych na ścianach, wokół zrywają mnie na proste nogi. Prom ma nas zabrać z Indonezji za kilka godzin. Niecierpliwie oczekujemy wypłynięcia w stronę Malezji, do Tawau.

Wiozący nas ferry okazuje się o wiele większy i nowszy niż poprzednio. Ustawiona na full klimatyzacja bucha śnieżynkami lodu. Początkowa satysfakcja z chłodnego wygodnego wnętrza po godzinie mija. Chłód wygania ekipę na górny pokład, gdzie wcześniej poprzypinaliśmy do relingów, ciągle mokre pianki i jackety. Mijana wioska rybacka, zbudowana na wbitych w wypłycenie palach, jest sygnałem rychłego zakończenia czterogodzinnego rejsu.

Fala odrzucającego fetoru odbiła się o nasze nozdrza zaraz po wejściu na stały lad. Jeszcze deklaracje, odprawa paszportowa i weelkom Malesia. Świadomie szerokim łukiem omijamy znany już targ rybny. Nikt nie chce oglądać na stołach kupieckich, tego, czego tak mało zostało pod wodą… Moje refleksje wokół samo unicestwiania się gatunku ludzkiego, miedzy innymi poprzez grabieżcze niszczenie rafy, są niczym ból zęba- ciągle boli i nie wiadomo jak przerwać cierpienie..!

Mamy kilka godzin do odlotu, lokalnymi liniami do Kota Kinabalu, spędzamy je na siódmym piętrze, w restauracji hotelu Panorama. Bez wątpienia inicjator nazwy miął wyczucie piękna- z tarasu roztacza sie widok na najwyższy szczyt w rejonie: Mount Kinabalu, 4095 m nad poziomem morza. Przechodząc na druga stronę rozciąga się w dole panorama portu i wybrzeża, z milionem pływających punkcików dżonek i na górujący nad wszystkim maczet z charakterystyczna zieloną, obłą kopułą dachu, zakończoną odwróconym księżycem- symbolem Islamu.

Nasze kufry chyba urosły, teraz potrzebujemy już trzech taksówek. Pakujemy graty i jedziemy 40 km na lotnisko, gdzie znowu zaczyna się problem z nadbagażem. Jakimś cudem przekładając sprzęt z głównego bagażu, do podręcznego, z podręcznego do reklamówek itd., po wręczeniu łapówki obsłudze, po dwugodzinnym opóźnieniu wznosimy się w stronę Kota Kinabalu.

Wielki Hong Kong wita nas swoim przesytem wczesnym wieczorem. Po nierozłącznych perypetiach przy ładowaniu szpeju nurkowego do taksówek, mkniemy mostami, pod sobą mając nieskończoność kontenerowych dźwigów. Przejeżdżamy nad największym portem, jaki widziałem, Hamburg to jak peryferyjna przeładownia. Pokój ulokowany na 9 piętrze zaskakuje klaustrofobiczną oszczędnością przestrzeni. Setki posadzonych obok wieżowców, w których tylko wybrani mają, chociaż jedno okno w mieszkaniu, nie dopuszczają słonecznego światła do ulic nawet w samo południe.

Część ekipy padła i zaległa na zasłużony odpoczynek w malutkich norkach udających pokoje. Idziemy z Peciem w miasto. Migające reklamy kłują oczy. Mijane twarze noszą genetyczny miks, ras całego Świata. Zapachy szybkich jadłodalni mieszają sie z perfumami wysiadających z Ferrari kobiet i potem zapracowanych, targających kartonowe paczki handlarzy.

Trafiamy na targ, ciągnący się kilometrami…Gdzieś. Wszystkie marki, każdy asortyment, same oryginały;-)

Błąkamy się, pośród pokrzykujących tragarzy, aż w końcu kompletnie tracimy orientację. Dobry zwyczaj zabierania czegokolwiek z recepcji: zapałek czy wizytówek, byle był na nich krzaczek z nazwą, wybawia nas z opresji. Chwila nieuwagi, utrata orientacji i mogliśmy zapłacić za to spaniem na ulicy…

Kretowisko wydrążonych pod wieżowcami tuneli metra robi wielkie wrażenie. Intuicyjny system zakupu biletu czy dziecinnie prosto rozpisany plan połączeń bije na głowę rozwiązania londyńskie, czy paryskie.

Wysiadamy pod dolną stacją kolejki linowej do Świątyni Buddy, usytuowanej na górującym nad miastem szczycie góry. Wykupujemy miejsca w wagoniku z przeszkloną podłogą. Przemykające pod naszymi stopami obrazy wieżowców, rzeki, gąszczu drzew, malutkich jak mrówki z perspektywy kilkuset metrów ludzi zapierają dech w piersi.

Posąg uśmiechniętego Buddy z bliska jest jeszcze bardziej imponujący. Wdrapujemy się po nieskończenie długiej alejce stopni schodów. Nagrodą za ból mięśni nóg jest widok rozciągającej się z góry perspektywy. Kierujemy się do wnętrza klasztoru, dźwięk dzwonu uświadamia mijający czas. Zapach kadzideł uspokaja, mnisi z ogolonymi głowami bezszelestnie przemykają między złoconymi figurami smoków. Olbrzymie kwiaty we wszystkich kolorach wysypują się spod dachów o specyficznym orientalnym kształcie, dając schronienie malutkim kolibrom.

Zjeżdzamy w dół, zderzenie ciszy medytacji ze zgiełkiem cywilizacji jest bolesnym doznaniem. Za kilka godzin ponad obłoki zabierze nas Boeing 747, wszystko zostanie tylko wspomnieniem…

Komentarze Facebook

komentarze

Powered by Facebook Comments